tydzień 1 nagłówek

Tydzień 1 – Wyzwanie 30 dni na diecie roślinnej [Aktualizacja]

Jak wiecie już z poprzedniego wpisu, rozpoczęłam nowe wyzwanie: 30 dni na diecie wegańskiej i chciałabym się z Wami dzielić swoimi spostrzeżeniami za pomocą codziennie aktualizowanego dziennika. Jest to rzecz nowa na tym blogu, dlatego nie wiem, czy akurat przypadnie Wam do gustu. Nie wstydźcie się tylko, piszcie co myślicie o takiej inicjatywie w komentarzach. Tymczasem dla mnie w chwili pierwszej publikacji tego wpisu trwa dzień 4 i przez ten czas trochę się wydarzyło… Zacznijmy jednak od początku.

Tofucznica. Pierwsze odkrycie tego tygodnia.

Dzień 1 – 05.06.2017 r.

Wyzwanie miałam zacząć od 1 czerwca, niestety okazuje się, że aby zmienić żywienie trzeba się przygotować. W związku z czym, te 5 dni poślizgu spędziłam właśnie na tym. No, ale dziś moja lodówka jest już pełna roślinnych pyszności, a ja mniej więcej wiem, co mam jeść. Mało tego powyjadałam lub pozbyłam się rzeczy nie wegańskich z mieszkania, aby nie kusiło lub broń boże po nie nie sięgnąć. Nie za bardzo chciałam je wyrzucać, bo bardzo nie lubię gdy się jedzenie tak marnuje. Miałam wiele wątpliwości i zmartwień jeśli chodzi o tą zmianę, ale nie spodziewałam się, że najbardziej będę się bała, że zapomnę o zmianie odżywiania.Na szczęście ten dzień przeżyłam. Najbardziej brakuje mi mleka i produktów mlecznych, ale optymizm trwa, więc się nie zrażam.

Dzień 2 – 06.06.2017 r.

Okazuje się, że gdy jesteś na diecie roślinnej, to opcja kupię w piekarni kanapkę do pracy, się nie sprawdza. Od 2 dni jestem kucharką na pełen etat. W końcu muszę coś jeść. Tak więc wygotowuje lecza, nugetsy z ciecierzycy (ten przepis od erVegan jest rewelacyjny. Klik! Klik!). Sama wytwarzam swoje mleko owsiane, bo te sklepowe jest drogie. Dodatkowo szukam przepisów i inspiracji do dalszych eksperymentów. Jednak na koniec dnia w pracy, zdecydowanie mogę stwierdzić, że weganizm jest pyszny, bo ze smakiem zjadłam wszystko, co sobie przygotowałam.

Dzień 3 – 07.06.2017 r.

Trzeci dzień i ja lecę dalej, chyba się dobrze zaparłam na to wyzwanie. Od poniedziałku chcę pojechać na rowerze do pracy i codziennie wita mnie deszcz. Dojeżdżam do pracy i piękna pogoda. Dziś jest jednak inaczej, bo nad Warszawę nadchodzi burza. Ha! Jaka ja zaradna, wiedziałam od razu, żeby nie pakować się na rower. To był bardzo ciężki dzień w pracy, godzinę przed wyjściem psychicznie byłam już na poziomie planktonu. Mam nadzieję, że tego na twarzy nie widać, bo jeśli tak to musiałam wyglądać strasznie głupio. Na szczęście jedzenie naszykowane, więc nie mam dylematów pod tytułem, co ja będę jeść. Gorzej, bo okazuje się, że niestety sklepowe mleka roślinne mają pewną przewagę, są wzbogacane o wapń i inne witaminy, więc warto je od czasu do czasu wypić. Dzięki niebiosom, że wino jest wegańskie!

Dzień 4 – 08.06.2017 r.

Poważnie myślę, aby zrobić to foodbook tego co jem. Dodatkowo odsyłać do ciekawych przepisów. Jednak często jestem tak głodna, że rzucam się na jedzenie i zapominam robić zdjęcia. Wczoraj byłam bardzo zmęczona, więc poszłam na leniwca i do pracy zabrałam zielony koktajl, truskawki z ryżem oraz pastę kanapkową ze słonecznikiem i suszonym pomidorem. Do pasty razowiec z pestkami. Mniam! Ogólnie smarowidło kupiłam i jest przepyszne. Jednak mądra ja wyrzuciłam opakowanie i nie mogę Wam napisać jak się nazywa. Wieczór spędziłam sprzątając i przygotowując mielone z kalafiora, o których dowiedziałam się dzięki komentarzowi Marty z mikrozycie.pl. Są pyszne, dziękuje!

Dzień 5 – 09.06.2017 r.

Dziś mam jakieś problemy gastrologiczne i niestety, królują suche bułki, dżem i gotowane warzywa. Po problemach z żołądkiem z początku roku nie radzę sobie za dobrze z niektórymi rzeczami. Na przykład z alkoholem (wino lub piwo), ale nie ubolewam, zrobię sobie przerwę i tyle. Po pracy z Michałem robiliśmy zakupy na jutrzejszego rodzinnego grilla. Nie jestem dumna z tej ilości mięsa, ale niestety nasi goście są stricte mięsożerni. Dla mnie ta impreza to spory test, bo nie będę jeść jak zawsze kurczaka, na szczęście została mi kostka tofu i coś z niej wyczaruję.

Dzień 6 – 10.06.2017 r.

Niby sobota, ale my od rana na najwyższych robotach, bo mamy gości i szykujemy grilla. Postanowiłam z Ttofu zrobić szaszłyki, zamarynowałam jej w przyprawie do kurczaka i nadziałam na patyczki z pyszną cukinią i pomidorkami cherry. Do tego mnóstwo mięsa dla gości i oczywiście królowa beza kawowa (oj kusi!). Całe przyjęcie w zasadzie przelatałam, pomagając Michałowi przy grillu. Szaszłyki wyszły super do tego stopnia, że moja mama mi podkradała tofu i cukinie. Jak się już najadłam, to nawet nie miałam ochoty na bezę, chociaż na wszelki wypadek w Rossmannie kupiłam Fig Bar, aby mieć namiastkę słodkiego. Dzień 6 upłynął mi wspaniale, a układ trawienny wrócił na właściwe tory.

Dzień 7 – 11.06.2017 r.

Po zamieszaniu dnia wczorajszego postawiliśmy na odpoczynek i oczywiście uzupełnienie lodówki o zapasy tofu i pasty kanapkowej. Gdy jest się na diecie wegańskiej, połowa działów w hipermarkecie przestaje cię interesować i to jest fajne, bo zakupy można zrobić dużo szybciej. Oczywiście dzisiejszy transport odbywał się na rowerach, co w tak cudowną pogodę stanowi nagrodę. Jedynym minusem był wiatr, który troszkę utrudniał powrót.  Następnie postanowiłam uzupełnić nieco braki witaminy D i opalałam się w ogródku. Teraz jednak stwierdzam, że słońce złapało mnie nieco za mocno. Kończy się 7 dzień, a ja z dumą oświadczam, że przetrwałam pierwszy tydzień!

Czego mi najbardziej brakuje? Przez te upały są to lody, szczególnie, że w Łomiankach nie ma cukierni, która by takie bez mleczne pyszności sprzedawała. Słyszałam, że w Warszawie jest kilka lodziarni, może w nadchodzącym tygodniu się wybiorę, jednak najlepszym rozwiązaniem wydaje się zrobienie lodów samemu.

Co przyszło mi łatwo? Nie tęsknie za mlekiem, jogurtami, a tym bardziej mięsem. Tak jakby mi to do życia nie było potrzebne, nie ciągnie mnie do tego. Nawet grill, czy fast-foody w sklepie nie stanowiły pokusy. Na prawdę ogromny plus.

24 przemyślenia nt. „Tydzień 1 – Wyzwanie 30 dni na diecie roślinnej [Aktualizacja]”

  1. Taka dieta to musi być prawdziwe wyzwanie logistyczne! Wszystko zpalanować, zakupy, gotowanie.. O matko! Brawo dla Ciebie! Foodbook wydaje się być na prawdę fajną opcją!

    1. Plusem jest to, że jak robię jakieś kotleciki, nugetsy to zawsze wychodzi mi ich dużo. W związku z czym je mrożę i mam kilka porcji w zapasie ;). Niestety logistycznie bywa z tym różnie. Postaram się o Foodbook od 2 tygodnia.

  2. Bardzo jestem ciekawa, jak będziesz się czuła wkrótce. Ja dwa lata temu wytrzymałam na weganiźmie tylko 7 tygodni:(

  3. Sporo wyrzeczeń, ale życzę wytrwałości! A co do formy posta mnie podoba się taka dziennikowa, chociaż właśnie bardzo fajnie by było, gdybyś urozmaiciła ją o zdjęcia jedzenia, jakie sobie przygotowujesz 😉

  4. życzę dalszej wytrwałości 🙂 Mnie chyba zabrakłoby pomysłów na urozmaicenie diety a że jestem w ciągłym biegu to brak czasu na wyszukiwania 🙂

  5. Podziwiam 🙂 Ja ograniczyłam ilość spożywanego mięsa, ale nie zredukowałam do zera. No i na milion procent nie umiałabym zrezygnować z mleka i jogurtów. Trzymam kciuki za Ciebie. Idziesz dzielnie do przodu!

Dodaj komentarz